W niedzielę schyłku roku wieczorem
28 XII 2008
Dziś, jak zwykle w taki dzień, szukam zjaw na osiedlowym cmentarzu. Alejki prześwietla fakt przerzedzonych drzew i gęstnienia przestrzeni - odniesienia czasowe. Wieczór tętni ambientem dzielnicy, głosy, muzyka z komórek, huki petard, adekwatne i zgodne z porą. Poza tym pustki. Tak właściwie, to po prostu chyba segregując czas przeszły stawiam pomnik pamięci pewnych wydarzeń, relacji, wrażeń, które z mym walnym udziałem kopnęły w kalendarz. Znów czas przeszły. Grabie zwisają w jednej z istniejących koron drzew, zastanawia osobliwa estetyka lub silny wiatr. Biegnę dalej, na północ, zjaw rzecz jasna nie znalazłem. Przez ulicę z intuicyjnie zieleniejącym światłem i w szeroką złocącą się jesienią transosiedlową alejkę, przez szkoły, park, ulice, w innuenda nocy. Twarze przechodniów bezsilnie się przez nie przedzierają, czasem nawet żałosne swym pięknem, porażają odległością liczoną w sekwencjach świadomości. Wypadam znów z czasu za sprawą syntetycznie cyfrowych, melodyjnych wykrzyknień Freddy’iego Mercury’ego. Jestem kilka kilometrów na wschód od rzeczywistego umiejscowienia, spaceruję w otulających cieniach drzew, wysokich ku komfortowi mieszkańców owej dzielnicy. Lśni się łuskowaty naskórek asfaltu, kroki mieszają się z rozmową o momentalności wiedzy, ale dziś, kiedy dziewiętnasta godzina tej pory grudnia wydaje mi się, owocem porównania, niezwykle beztroska, nie mam planów tam biec, może kiedy indziej. Do czerwoności stanąwszy na baczność, budzi mnie orator sygnalizacji świetlnej. Rozglądam się po chwilowych towarzyszach oczekiwania, odprowadzam wzrokiem wóz straży miejskiej, przenikam w dalszą drogę, bynajmniej nie negatywnie, jak zwykle, w dzień taki jak dziś.